wtorek, 21 maja 2019

Jak zrobić zdrowy i fajny piknik. Jak się sprawdzają ekologiczne jednorazowe naczynia i sztućce.



Nadeszła wiosna, a wraz z nią przyszła większa ochota na spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Uwielbiam wypady na łono natury, w ten sposób ładuję akumulatory. Wśród zielonej trawy, pięknych zapachów, wiosennego słońca i śpiewu ptaków, nawet prosty posiłek smakuje jak danie w najlepszej restauracji.
Nie mam ogrodu, ani działki rekreacyjnej, ale nie żałuje, bo zawsze mogę znaleźć odpowiednie miejsce na piknik. Dziś podpowiem wam jak zrobić fajny piknik.
Zwykle na piknik wybierałam się spontanicznie, w tym roku postanowiłam bardziej się przygotować i stworzyłam własne piknikowe must-have. Jest w nim między innymi mata piknikowa, kosz, torba termiczna oraz ekologiczne jednorazowe naczynia i sztućce.

Miejsce na piknik

Miejsce na piknik nie musi być oddalone od miasta, czasem wystarczy że jest osłonięte od zgiełku, samochodowych spalin i tłumu przechodniów. Wystarczy zielona trawa, drzewa i krzewy, które dają cień oraz kawałek przestrzeni, gdy chcemy pograć w piłkę, czy badmintona.

Jedzenie i napoje na piknik

Pakując kosz piknikowy pamiętajcie, by przygotowane jedzenie nie rozpadło się w drodze, nie zmieniło smaku ani konsystencji.
Napoi zazwyczaj nie przelewam do kubeczków, ale wybieram słoiki ze słomką. Zabezpiecza to przed zabrudzeniem, dostaniem się do środka owadów a także zmniejsza ryzyko rozlania. Przelewam do nich najczęściej lemoniady (moje ulubione przepisy na lemoniady znajdziecie w artykule Jak zrobić lemoniadę).
Bardzo często w internecie widzę zdjęcia z pikniku w których na pierwszym planie jest butelka alkoholu, dlatego postanowiłam wspomnieć i o tym. Nie wiem jak jest w waszych miejscowościach, ale u mnie (w Bydgoszczy) od wielu lat spożywanie alkoholu pod chmurką jest zabronione. Zakaz ten był w moim mieście już zanim stałam się pełnoletnia, więc nie musiałam się odzwyczajać. Obecnie dotyczy całej Polski. Jeśli więc nie piknikujecie na własnym terenie, a w miejscu publicznym, pijąc alkohol narażacie się na mandat. Straż Miejsca czuwa, nie raz się o tym przekonałam, na szczęście nie na własne skórze ;)


Jedzenie na piknik – propozycje

Piknikowe przekąski to temat na osobny artykuł, dlatego dziś podam wam tylko kilka najprostszych pomysłów:
owoce – winogrona, czereśnie, melony pokrojone wcześniej w kawałki,
warzywa – pomidory koktajlowe, rzodkiewki, ogórki,
słupki warzywne z marchwi, papryki, selera naciowego, ogórka + dip
sałatki (bez majonezu),
wędliny: kabanosy, salami, suche i podsuszane kiełbasy,
przekąski na piknik: wytrawne muffinki, roladki z tortlli, tarty warzywne,
słodycze na piknik: wybieraj słodycze bez czekolady, bo prawdopodobnie rozpuści się ona zanim jeszcze rozpoczniesz piknik; moje propozycje to: domowe gofry/naleśniki z konfiturą, tarty owocowe, słodkie muffinki.


Naczynia na piknik - ekologiczne jednorazowe naczynia i sztućce

Na piknik nie zabierałam nigdy zwykłych naczyń, ponieważ sprawiają one kłopot nie tylko dlatego, że łatwo je potłuc, dużo ważą, ale również dlatego że po użyciu trzeba je brudne, czy mokre, z powrotem zapakować, co w takich warunkach stanowi pewien problem.
Jestem zwolennikiem rozwiązań ekologicznych, dlatego nie używam plastikowych jednorazówek. Szukam zawsze alternatyw bezpiecznych dla środowiska.
Trafiłam w końcu na rozwiązanie idealne - ekologiczne jednorazowe naczynia i sztućce marki viGO! Do wyboru mamy kilka naturalnych biodegradowalnych tworzyw.

Naczynia wyprodukowane z trzciny cukrowej

Zabrałam na piknik talerze wykonane z trzciny cukrowej. Są one w pełni kompostowane, można je nawet używać w piekarniku (do 120°C na maksymalnie 30 min), w kuchence mikrofalowej (do 80°C na maksymalnie 3 minuty). Wytrzymują też niskie temperatury, więc możemy je schować do lodówki, czy zamrażarki (temperatura do -18°C na maksymalnie pól roku). Wyglądają podobnie jak te wykonane z plastiku, są mocne, nie przesiąkają (trzymałam na nich sałatkę), więc spokojnie mogę je polecić. Przy okazji sprawdziłam, że opakowanie talerzy jest również biodegradowalne.

Ekologiczne naczynia z otrąb

Kolejny zestaw naczyń, który mnie zainteresował, zawiera talerze wykonane z otrąb. Są jadalne, więc po skończonym posiłku, można zastosować w 100% zasadę Zero Waste i zjeść nawet talerz :)
Zaspokoiłam ciekawość i spróbowałam. Jest twardy jak gruby wafelek, a smakuje zwyczajnie, jak otręby bez żadnych dodatków.
Talerze te wyprodukowane są z otrąb przy użyciu śladowych ilości wody. Produkcja nie wymaga użycia dodatkowych środków chemicznych. Maksymalna temperatura ich użytkowania, to +40°C.

Sztućce znajdujące się w zestawie z talerzami z otrąb, w 90% składają się z PLA (polilaktydu), w 10% z otrąb pszennych. Pozostałe sztućce oraz słomki do napojów wykonane są w 100% z PLA, je również można kompostować, ale najlepiej zrobić to w kontrolowanych warunkach przemysłowej kompostowni. Obawiałam się, czy nie będą szybko się łamać, na szczęście bez problemu zdały egzamin. Testowałam je przy twardych pokarmach, nóż bez problemu kroił suchą kiełbasę, a widelec nie łamał, a nawet nie wygiął się na twardych rzodkiewkach.


Obecnie naczynia i sztućce viGO! BIO można znaleźć w sklepach Carrefour oraz Makro. Dowiedziałam się, że wkrótce będą dostępne również w sieci marketów Kaufland.

Wyświetl ten post na Instagramie.

May is a great time for a picnic ☘👒🕶🍡 Uwielbiam wypady na łono natury. W takiej scenerii, nawet prosty posiłek smakuje mi jak danie w najlepszej restauracji 😀 Na moim blogu pojawił się właśnie wpis na temat piknikowego must-have. Pojawiły się w nim jednorazowe naczynia i sztućce BIO 🍽 Nie tylko można je kompostować, ale nawet zjeść 🥗 Na drugim zdjęciu możecie zobaczyć, jak wygląda taki jadalny talerz wykonany jedynie z otrąb i wody. Potwierdzam, że jest zjadliwy :D Dla mnie to doskonałe rozwiązanie. Mieliście kiedyś do czynienia z takimi naczyniami? Organizujecie czasem pikniki, a może wolicie spotkania przy grillu?🔥🍗🌽 ✃------------------------------------------------- #zdrowejedzenie #zdroweodzywianie #healthylifestyles #dietabezdiety #foodie_features #zdrowystylzycia #sniadaniemistrzow #relaks #chwiladlasiebie #blogerka #ecolifestyle#ekologia #picnictime #instabreakfast #piknik #chwilotrwaj #slowtime #greengrass #bytheriver #wiklina #slowlifestyle #picnicday #wastefree #nowaste #plasticfree #lesswaste #lessplastic #zerowasteliving

Post udostępniony przez Wellness po polsku (@mrs_calluna)






W co się spakować na piknik

Do wyboru mamy różne rodzaje koszy piknikowych:
Kosz piknikowy termiczny, składany – takie kosze wykonane są z wodoodpornego poliestru, ich wnętrze jest w całości pokryte materiałem termoizolacyjnym. Sprawdzają się też na zakupach,
Kosz piknikowy pleciony – do wyboru mamy kosze wiklinowe, rattanowe, bambusowe
Pleciony kosz-walizka - najczęściej można go znaleźć razem z zastawą i sztućcami.

Wybór kosza zależy od tego, co i jak dużo będziemy w nim przenosić. Dla mnie zbędny jest kosz - walizka, bo nie zabieram ze sobą naczyń ceramicznych i tak jak już wcześniej wspomniałam, wyściółka w takim koszu nie nadaje się do prania, więc wkładanie tam brudnych naczyń nie jest dobrym rozwiązaniem.

Co robić na pikniku

Piknik jest też okazją do dobrej zabawy. W zależności od tego, czy wybieramy się na niego z dziećmi, czy jedynie w grupie dorosłych, czas urozmaicą: latawce, zestaw do robienia baniek mydlanych, czy badmintona, piłka, karty klasyczne, inne typy kart (np. Karty do gry Piotruś, Karty Dżentelmenów, flirt towarzyski).

Po zakończonym pikniku nie zapomnijcie po sobie posprzątać (warto przygotować się wcześniej i zabrać ze sobą worki na śmieci). 

Życzę Wam udanych pikników :)

Partnerem wpisu jest viGO!

poniedziałek, 20 maja 2019

Moja opinia o kremie rozświetlającym Clochee spf 30 - dlaczego jest wyjątkowy





Krem rozświetlający Clochee SPF 30 kupiłam po długich poszukiwaniach produktu do twarzy, który zapewniałby skuteczną ochronę przed promieniowaniem UVA i UVB oraz odpowiadałby mi składem. Poszukiwanie nie były łatwe, bo większość kremów, nawet tych uznawanych za naturalne, zawiera konserwant fenoksyetanol (phenoxyethanol), który nie dość że działa szkodliwie na skórę, to dodatkowo, w przypadku kobiet w ciąży stwarza ryzyko powstawania wad rozwojowych płodu.
Kremów do twarzy, które spełniałyby moje wymagania pod względem wysokości filtra oraz składu nie było wiele. Postawiłam na  Clochee.



Skład kremu rozświetlający krem SPF 30 Clochee


Aqua, Zinc Oxide, Caprylic/Capric Triglyceride, Titanium Dioxide, Decyl Oleate, Glyceryl Stearate Citrate, Rubus Idaeus Seed Oil, Glycerin, Polyglyceryl-3 Palmitate, Polyglyceryl-2 Caprate, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Daucus Carota Sativa (Carrot) Root Extract, Daucus Carota Sativa (Carrot) Seed Oil, Oryza Sativa Hull Powder, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Polyhydroxystearic Acid, Sucrose Stearate, Stearic Acid, Alumina, Glyceryl Caprylate, Squalane, Isostearic Acid, Beta-Carotene, Alcohol, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Sodium Lauroyl Glutamate, Lysine, Magnesium Chloride, Lysolecithin, Sclerotium Gum, Xanthan Gum, Pullulan, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Parfum, CI 77492, CI 77491, CI 77499.


W składzie znajduje się mnóstwo olejów, które działają regenerująco i antyoksydacyjnie na skórę. Choć zwykle twierdzi się, że im mniej składników, tym lepiej, ten krem jest chyba wyjątkiem.


Opinia o kremie

 

Krem znajduje się w butelce z ciemnego szkła, wyposażonej w dozownik typu airless. Trudno się go wydostaje, ale jest na to sposób, przed każdym użyciem butelką trzeba wstrząsnąć. Dzięki temu nie mam problemu z uzyskaniem wystarczającej ilości kremu.
Butelka jest z ciemnego szkła, co zapewnia ochronę przed działaniem promieni słonecznych. Ze srebrnego dozownika, po 2 miesiącach używania zaczął odpryskiwać lakier. Minusem ciemnej butelki jest to, że nie można dostrzec ile produktu ubyło i jak daleko mamy jeszcze do dna.

Kupując ten produkt nie zdawałam sobie sprawy, że ma on na tyle intensywny kolor, że może zastąpić krem BB. U mnie kolor się sprawdził, ale jestem przekonana, że nie wszystkim może pasować. Z pewnością nie będą z niego zadowolone typowe bladziochy.


Zapach jest przyjemny, typowy dla podkładów w kremie. Konsystencja wydaje się lekka, ale przy nakładaniu palcami miałam wrażenie, że jest tępy i zbyt szybko zastyga. Zupełnie inne wrażenie miałam, gdy przerzuciłam się na gąbkę do makijażu. Po nałożeniu gąbką, krem ładnie stapia się ze skórą, wyrównuje koloryt i nie podkreśla suchych skórek. Lekko rozświetla, dzięki czemu uzyskuje się efekt promiennej, zdrowej cery.
Dobrze współgra z moim serum olejowym oraz z serum żelowym. Choć producent poleca go na szyję i dekolt, ja stosuję tam kosmetyki, bezbarwne, bo jestem pewna, że ten krem ubrudziłby mi ubranie.

Podsumowanie

 

Jestem zadowolona z tego kremu, a potwierdzeniem jest to, że kupiłam już kolejne opakowanie, ponieważ pierwsze prawdopodobnie lada dzień mi się skończy. 
Jeśli chcecie kupić rozświetlający krem SPF 30 Clochee,  znajdziecie go w tych sklepach.

piątek, 10 maja 2019

Domowa galeria zdjęć na ścianie – jak ją przygotować i jakie ramki wybrać



Od zawsze lubiłam zbierać zdjęcia do albumu. Mimo, że nastały czasy aparatów cyfrowych, nie wystarcza mi gromadzenie fotografii na nośnikach cyfrowych. Zapełniam nimi albumy, a ostatnio coraz częściej oprawiam je w ramki i tworzę na ścianach domowe galerie zdjęć.
Jeszcze kilka lat temu, wybierając ramki stawiałam na minimalizm. Obecnie stały się modne rożnego rodzaju multiramy na zdjęcia - ramki na wiele zdjęć lub kolaże wykonane z kilku ramek. Zauważyłam, że takie ramki idealnie komponują się we wnętrzu mojego mieszkania. Zebrałam najciekawsze pomysły i postanowiłam się nimi z wami podzielić. Dowiecie się jak przygotować domową galerię zdjęć i jakie ramki wybrać.
Jeśli szukacie opraw do zdjęć, z pewnością wśród moich propozycji znajdziecie coś dla siebie.


Ramka do pokoju dziecka lub nad biurko

Do stworzenia ciekawej kompozycji zdjęć, znakomicie sprawdzi się ramka z klamerkami. Zdjęcia zawieszone na linkach przywodzą na myśl tradycyjną ciemnię fotograficzną. Tego typu ramki pasują idealnie nad biurko, do pokoju młodzieżowego, a także do pokoju dziecka.
Ramki z klamerkami mogą stać się miejscem, w którym zamieścimy pamiątki nie tylko w formie zdjęć, ale także drobne przedmioty takie jak pocztówki, wejściówki z imprez, które chcemy wspominać, wycinki z gazet, a nawet elementy ubioru, takie jak okulary przeciwsłoneczne. W ten sposób w ramce powstanie oryginalny kolaż, który odzwierciedli nasz indywidualny styl.

Poniżej trzy aranżacje ramek z linkami i klamerkami:

Ramka do pokoju dziecka

Prócz zdjęć, znalazły się na niej literki, czapeczka i buciki. Mogą się tam znaleźć też grafiki na przykład z ulubionymi postaciami z bajek.
Ramka do pokoju dziecięcego

Ta sama ramka do pokoju młodzieżowego

Między pamiątkowe fotografie, znakomicie wpasują się ciekawe grafiki, czy ulubione sentencje.


Ramka nad biurko

Ja na biurku nie mam wiele miejsca, dlatego postanowiłam wykorzystać ścianę i powiesiłam na niej zdjęcia i elementy, które tworzą zgraną całość (widzicie ją na pierwszym zdjęciu tego artykułu).
Nad biurkiem sprawdzą się zdjęcia, które budzą dla nas pozytywne skojarzenia. Jeśli ramka jest wystarczająco duża, znajdzie się też miejsce na kalendarz, czy kartki z notatkami.



Domowa galeria zdjęć

Ramki nad kanapą w salonie

W minimalistycznych wnętrzach sprawdzą się pojedyncze ramki lub kilka ramek rozmieszczonych symetrycznie na ścianie.


Do wnętrza o charakterze industrialnym pasują również ramki, które łączą prostotę klasycznej oprawy oraz linkę do zawieszania zdjęć. Na ścianie będzie prezentować się znakomicie, zarówno w pionie, jak i w poziomie.

Ściana zdjęć w salonie

Jeśli chcemy trochę zaszaleć i stworzyć ścianę zdjęć w salonie, mamy kilka wariantów do wyboru:
1. Powiesić kilka ramek, które będą różniły się jedynie rozmiarem, połączyć je i stworzyć kolaż.

2. Możemy wybrać gotową multiramę.
Osobiście, do salonu postawiłabym na to rozwiązanie i wybrała taką ramkę, jaką widzicie na poniższym zdjęciu (dla mnie odpowiednia będzie wersja z jasnego drewna).
Taką ramkę też można wieszać w pionie i w poziomie.

3. Kolejna opcja, to domowa galeria zdjęć w ramkach różnej wielkości, kształtu i koloru.
Wersja dla odważnych i z pewnością nie do każdego wnętrza. Takie rozwiązanie możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach.
 


Ramki nad stołem

Kolaż stworzony z różnorodnych ramek zdecydowanie lepiej sprawdzi w korytarzu. Wieszając go w salonie wybierzmy miejsce nad stołem, zamiast nad kanapą.
Jeśli mamy jadalnię, tam też możemy udekorować ścianę zdjęciami w ramkach.

Ramki na zdjęcia w stylu skandynawskim

Jakiś czas temu styl skandynawski zauroczył wielu Polaków, w tym mnie, a jego popularność nie okazała się chwilową modą. Jeśli wam też podoba się ten styl, nie musicie od razu zmieniać całego wystroju mieszkania, inspirując się nim możecie wprowadzić do waszego domu pewne jego elementy.
Ja niedawno zdecydowałam udekorować salon za pomocą poduszek, a kolejne będą właśnie ramki na zdjęcia w stylu skandynawskim.
Styl skandynawski wyróżnia się jasną kolorystyką, naturalnymi materiałami, wśród których przeważa drewno. Charakterystyczne są motywy botaniczne oraz czarno-białymi grafiki, czy sentencje.
Sprawdzą się tutaj wszelkie ramki z drewna zarówno surowego, jak i bielonego. Poniżej kilka pomysłów na drewniane ramki w stylu skandynawskim:

Ramka drewniana klasyczna

Prosta drewniana ramka sprawdzi się w takim wnętrzu idealnie.

Ramka na sznurku

Prosta rama nie będzie przykuwała uwagi, wyeksponuje za to zawartość. Inne wrażenie robi natomiast ramka zawieszona na sznurku.

 

 Ramka drewniana surowa, stojąca

Kolejna propozycja, tym razem nie tylko do zawieszenia na ścianie, ale także do postawienia na przykład na komodzie. Prosta, geometryczna forma oraz piękno surowego drewna sprawiają, że ramka jest uniwersalną dekoracją. 



Która propozycja podoba się wam najbardziej?



Partnerem wpisu jest fabrykaform.pl

środa, 8 maja 2019

Moja zaskakująca opinia o naturalnym mleczku do demakijażu Rosadia



W marcu zamieściłam na blogu wpis z moimi kosmetycznymi nowościami. Część z nich już zużyłam, przyszedł więc najwyższy czas, by zamieścić recenzje. Rozpoczynam od Mleczka do demakijażu marki Rosadia, które zużyłam jako pierwsze. Do jego zakupu skłoniły mnie pozytywne wrażenia, jakie miałam używając mleczka odżywczegoVianek (to kosmetyk tego samego producenta - Sylveco) i ciekawość jaką wzbudziła we mnie nowa marka naturalnych kosmetyków. 

Skład Mleczka do demakijażu Rosadia

 

W skład mleczka wchodzą: woda, olej słonecznikowy, sorbitol, olej rycynowy, olej z dzikiej róży, olej z pestek winogron, stearynian sorbitanu, sucrose cocoate, alkohol cetylostearylowy, witamina E, guma ksantanowa, olejek eteryczny z drzewa różanego, olejek lawendowy, alkohol benzylowy, kwas dehydrooctowy, linalol.

Patrząc na skład spodziewałam się, że mleczko będzie łagodne dla mojej skóry i przyjemne pod względem zapachu. Czy tak się stało naprawdę?

Opinia o mleczku do demakijażu Rosadia

 

Mleczko, jak i wszystkie produkty marki Rosadia przykuwają uwagę estetyczną i minimalistyczną szatą graficzną. Zanim jednak dostałam się do środka tego ładnego opakowania, nie byłam już zadowolona. Dozownik (pompka) był zablokowany i pomimo wielu usilnych prób skończyło się na dosztukowaniu dozownika ze starego egzemplarza. Z tym niestety też był problem, ponieważ wszystkie zachowane przeze mnie do takich celów pompki były za krótkie. Musiałam przelewać mleczko do innego pojemnika, a że jest ono gęste, część produktu została wewnątrz.

No cóż, pomyślałam, że wadliwe opakowania się zdarzają, a najważniejsze jest, jak mleczko sprawdza się w swojej funkcji.


Kosmetyk Rosadia i tutaj się nie sprawdził. Mleczko jest bardzo mało wydajne. Mimo że starannie je rozprowadzałam, nie tylko nie wystarczały zalecane przez producenta 1-2 dozy, ale nawet przy 4 nadal makijaż nie był zmyty. Zaznaczam, że nie używałam w tym czasie żadnych wodoodpornych kosmetyków. Zawsze był to delikatny makijaż wykonany kosmetykami naturalnymi, najczęściej podkład Annabelle Minerals albo krem Rozświetlający krem SPF 30 Clochee którego recenzję zamieszczę wkrótce na blogu
Wcześniej te same kosmetyki zmywałam łagodzącym olejkiem do demakijażu Vianek  lub mleczkiem odżywczym Vianek i nie miałam żadnego problemu. Tutaj po wykonaniu demakijażu i przetarciu twarzy tonikiem, widziałam, że wacik jest brudny od resztek make-upu.
Zapach też mnie rozczarował, zupełnie nie przypominał mi żadnego z olejków, które spodziewałam się poczuć. Trudno go ocenić, jest raczej obojętny. Na pewno nie mogę powiedzieć że to mleczko pachnie. 

Pozytywne jest to, że mleczko było delikatne dla skóry, nie powodowało podrażnień, dyskomfortu, ani zapychania porów.


Podsumowując, tak jak duże miałam do tego mleczka nadzieje, tak wielkie spotkało mnie rozczarowanie. Szkoda :(

 Jeśli znacie to mleczko lub inne produkty Rosadia, dajcie znać w komentarzach, jak się u was sprawdziły.

poniedziałek, 6 maja 2019

Clear Aligner - moje wrażenia po pierwszym etapie noszenia nakładek



Jakiś czas temu wspominałam na blogu, że rozpoczęłam korektę zgryzu za pomocą nakładek Clear Aligner. Poprzedni wpis znajdziecie tutaj - Moje krzywe jedynki– jak zostałam niezadrutowaną apratką

Gdy zdecydowałam się na leczenie za pomocą Clear Aligner, otrzymałam dokładne wyliczenia oraz projekt, w którym przewidziano kolejne etapy leczenia.
Jak mogliście przeczytać we wcześniejszym wpisie, do tej metody byłam przekonana wiele miesięcy wcześniej. Na przykładowych zdjęciach różnych klinik dentystycznych widziałam, że stosowano ją przy większych wadach,  niestety nie miałam szczęścia żeby trafić na lekarza który się tego podejmie. Teraz patrząc z perspektywy czasu uważam, że miałam szczęście. Czytając na forach internetowych informacje na temat aparatów nazywanych Clear Aligner znalazłam wiele informacji o podróbkach. Część z nich nie przynosiła efektów, a niektóre wykonane były ze szkodliwych materiałów, na które pacjenci reagowali silnym zatruciem. Warto zatem zapytać w gabinecie dentystycznym o producenta nakładek. Moje zostały wyprodukowane przez SCHEU-DENTAL.


Stripping, zmiana kształtu zębów i próchnica

Przed nałożeniem pierwszego aparatu czekał mnie stripping. Zabieg ten przy okazji miał zmienić kształt moich zębów z beczkowatych na bardziej prostokątne.
Dzięki tej informacji zrozumiałam, dlaczego mam problem z używaniem nici dentystycznych. Wprawione oko stomatologa powinno zauważyć że mój kształt zębów może przeszkadzać w nitkowaniu, niestety jedna z moich byłych dentystek była wielką amatorką nitkowania i dziwiła się, że mogę mieć z tym problem. Dopiero wtedy, gdy sama spróbowała zastosować takie czyszczenie na moich zębach, zobaczyła że mówię prawdę. iż jest to prawie niemożliwe. Kształt zębów i ich stłoczenie powodowało, że bardzo trudno było wsadzić pomiędzy nie nić, a jeszcze trudniej było ją wyjąć. Obecnie używam od czasu do czasu mocnych nici krawieckich, ponieważ wszystkie specjalistyczne dentystyczne nici między moimi zębami rozwarstwiają się i nie mogłam ich usunąć.
Te same powody, czyli stłoczenie i kształt, były przyczyną próchnicy. Choć zawsze słyszałam, że widać iż mam zadbane zęby, próchnica pojawiała się wyłącznie na częściach stycznych, i nie było jej przez długi czas widać na przeglądach. Zmiana kształtu zębów którą miał zapewnić striping była więc dla mnie dodatkową korzyścią.

Stripping - na czym polega i jak wygląda okiem pacjenta

Stripping polegał u mnie na starciu niewielkiej (0,1-0,2 mm) warstwy szkliwa, za pomocą pasków ściernych. Łącznie miało to pozwolić uzyskać 1 mm wolnego miejsca w łuku zębowym.
Ścieranie nie było szczególnie nieprzyjemne, wymagało jednak utrzymania głowy w stabilnym położeniu. Przypuszczam, że o komforcie podczas tego zabiegu decyduje również podejście lekarza. Mój wykonywał je bardzo precyzyjnie i delikatnie. Gdy coś mi przeszkadzało, nie było problemu żeby to zgłosić i na przykład zmienić sposób trzymania.
Lekarz zapewnił mnie, że taki zabieg jest bezpieczny dla moich zębów, więc podeszłam do niego pozytywnie. Stripping pozwolił mi zachować wszystkie zęby właściwie w takiej samej postaci jak na początku. Te ułamki milimetrów, które ubyły, nie były widoczne, ale pozwoliły przesuwać się zębom pod nakładkami.
Stripping miałam wykonywany przed każdą zmianą nakładek. Tylko raz zdarzyło się lekkie zranienie dziąsła, które spowodowało nieznaczne krwawienie. 


Nakładki Clear Aligner

Mówiąc o prostowaniu zębów używam  niekiedy określenia aparat, ale bardziej trafne jest mówić o nakładkach aby odróżnić je od stałego aparatu ortodontycznego

Przygotowałam parę przydatnych porad i informacji, które mogą zainteresować wszystkie osoby rozpoczynające korekta zgryzu przy pomocy nakładek Clear Aligner.
Pierwszy etap leczenia, to pierwszy zestaw trzech nakładek. Nakładki te różniły się grubością tworzywa, przez co pierwsza delikatniej, a druga najsilniej miała ustawić zęby w nowym położeniu.
Pierwszą nakładkę najtrudniej się czyściło, bo była najbardziej miękka, za to najłatwiej się w niej mówiło.

Pierwsze wrażenie

Wrażenie po założeniu pierwszej nakładki, to przede wszystkim zdziwienie, że nie wsuwa się ona w całości na zęby, tylko na końcach zostaje jeszcze trochę miejsca. Jest to normalne zjawisko i w ciągu tygodnia nakładka ma możliwość przesunięcia się wyżej.
Druga problematyczna sprawa, to ślina pojawiająca się wewnątrz nakładek. Przez to, że w pierwszych dniach noszenia nakładka ma jeszcze trochę luzu, dostaje się tam ślina Wygląda to trochę niekomfortowo dla noszącego, ale z tego co zauważyłam, inne osoby tego nie zauważają, gdy z nimi rozmawiamy.


Clear Aligner – ból i krwawienia dziąseł

Powiedziano mi, że zęby będą mnie boleć przez pierwsze półtora dnia noszenia nowej nakładki. Prawda jest taka, że spodziewałam się większego bólu niż w rzeczywistości. Czułam jedynie dyskomfort. Za to 2 ostatnie dni noszenia każdej z nakładek skutkowały krwawieniem dziąseł. Szczególnie widziałam je po nocy. Rano, po umyciu zębów nic nieprzyjemnego się nie działo, bólu wtedy nie czułam.
Ból sprawiałoby mi gryzienie bardzo twardych pokarmów, dlatego z nich zrezygnowałam. Z drugiej strony obawiałam się, że zęby mogą się rozchwiać za bardzo. Odmówiłam więc sobie twardych przekąsek, takich jak na przykład jackfruit, którym zajadałam się przed rozpoczęciem leczenia.

Ostatnią, najtwardszą nakładkę nosiłam aż 3 tygodnie - 2 tygodnie na ustawianie zębów i trzeci tydzień aby wykonać kolejne wyciski  i przygotować kolejny zestaw nakładek.

Efekty po pierwszym etapie noszenia Clear Aligner

Po zakończonym pierwszym etapie czułam już, że coś się moim łuku poprzestawiało. Nie był to wyraźny efekt, ale bliskie mi osoby widziały różnicę.
Zachęciło mnie to do kontynuacji poprawiania zgryzu tą metodą.
Przy okazji dodam, że płaciłam za każdy rozpoczęty etap po otrzymaniu kolejnego zestawu nakładek, więc zdecydowanie inaczej niż przy aparacie stałym. W każdej chwili mogłam zrezygnować.


Jak czyścić Clear Aligner

W gabinecie ostrzeżony mnie, żeby uważać na zwierzęta domowe, bo lubią dobierać się do aparatów i je podgryzać. Ja, mimo że nie miałam powodów do obaw o podgryzanie, swój aparat trzymałam przez cały czas w czystym plastikowym słoiku po kosmetyku, który idealnie pasował rozmiarem.

Nakładkę należy zdejmować do jedzenia i picia. Jedyne, co można w nich pić to wodę, oczywiście nie gorącą. Szybko doszłam do wprawy w zakładaniu i zdejmowaniu nakładek, więc ściąganie ich przed posiłkami nie sprawiało mi problemów. Mogłam spokojnie jeść i pić na mieście.


Jeśli będziecie używać Clear Aligner, do jego czyszczenia nie stosujcie pasty do zębów, ponieważ może ona uszkodzić materiał, z którego nakładki są wykonane!
By nie spowodować odkształcenia, nakładki płuczcie w chłodnej wodzie.

Aparat zdejmowałam tylko do posiłków. Polecono mi czyścić go płynem do mycia naczyń. Zdecydowałam że łatwiej mi będzie czyścić mydłem w płynie i okazało się że to był zdecydowanie lepszy pomysł, ponieważ zdarzyła mi się zabawna sytuacja  związana właśnie z czyszczeniem aparatu.
Gdy rozpoczęłam noszenie Clear Aligner, postanowiłam do zębów używać nowej szczoteczki, a poprzednią wykorzystywać właśnie do czyszczenia aparatu mydłem. Pewnego ranka zdjęłam aparat, przemyłam go,  wypłukałam i w pośpiechu odłożyłam szczoteczkę bez płukania.
Gdy po śniadaniu chciałam umyć zęby sięgnęłam po starą szczoteczkę i zaczęłam myć zęby mydłem. Ale  było gorzkie!!!
Z płynem do mycia naczyń byłoby z pewnością bardziej nieprzyjemnie.
Kolejna zabawna sytuacja z pierwszych dni noszenia aparatu miała miejsce, gdy wychodziłam z jakiegoś budynku  na zewnątrz. Była jeszcze zima, powiedziałam do osoby, która ze mną szła “zapnij się”. Ona zrozumiała “zamknij się”. Na szczęście szybko doszliśmy do porozumienia, o co tak naprawdę chodziło :D



Gdy wybierałam się na wizytę by zrobić wyciski na drugi etap,  rozchorowałam się, więc leczenie się przesunęło. W następnym wpisie przygotuję mam streszczenie tego co było dalej.